
Kuba Jeznach
Mówili, ze może nie chodzić. Dziś jeździ ultra.
Są historie, które trudno wymyślić.
Ta wydarzyła się naprawdę.
Kuba Jeznach — Wołomin / Tłuszcz.
Uczestnik pierwszej edycji Mazowieckiego Gravela.
Lekarze mówili, że może nie chodzić.
Dziś planuje przejechać tysiące kilometrów na rowerze.
Urodził się z poważną wadą stóp.
Pięć operacji. Lata pracy. Rehabilitacja.
Efekt? Chodzi. Funkcjonuje. Trenuje.
I robi rzeczy, które dla wielu są poza zasięgiem.
Sport nie przyszedł od razu.
Najpierw była woda — długie dystanse, godziny na basenie, 27 km przepłynięte podczas jednej Otyliady.
Potem wrócił rower. Po 15 latach przerwy.
Pierwsza jazda: 60 km i trzy dni bólu.
Kilka miesięcy później: Warszawa–Hel.
A potem już klasycznie:
200 km, 600 km, ultra.
Na jednym z pierwszych maratonów dojechał po limicie.
Ale dojechał.
I to wystarczyło, żeby zostać.
Na Mazowieckim Gravelu pojawił się od samego początku.
Pierwsza edycja?
Najcięższa. Pogoda rozłożyła połowę stawki.
On dojechał — w limicie, na uszkodzonym rowerze.
Został na kolejne lata.
Wracał. Poprawiał się. Uczył.
Dziś to zawodnik z ogromnym doświadczeniem, spokojem i głową, która w ultra robi największą robotę.
Nie szuka wymówek. Szuka rozwiązań.
Trenuje regularnie. Rozwija się pod okiem Radosław Rogóż.
Rocznie robi około 15 tysięcy kilometrów.
I dalej idzie w górę.
Przed nim kolejne wyzwania:
Race Through Poland, Bałtyk-Bieszczady Tour...
i dystans MG Szosa 500 km.
Kuba mówi wprost:
porażki uczą najwięcej.
Patrząc na jego historię — trudno się z tym nie zgodzić.
Jeśli spotkacie go na trasie — zagadajcie.
Zawsze pomoże. Zawsze coś podpowie.
Bo w tym wszystkim, poza kilometrami, chodzi też o ludzi.
