
Mazowiecki Gravel oczami uczestników
Mazowiecki Gravel 2025
No więc mam syna. Mam syna marudę. Zupełnie nie wiem po kim on taki jest. Chociaż się domyślam. Zwłaszcza, że cechy dziedziczne ujawniają się podobno w co drugim pokoleniu.
W ramach aktywizacji ruchowej i spędzania czasu z dzieckiem (dzieckiem! - toż to dorosły facet już jest) postanowiliśmy (już rok temu) wybrać się razem na rowerowy ultramaraton Mazowiecki
Gravel. Niepomni zeszłorocznej gehenny - po raz drugi postanowiliśmy.
Ultramaratony mają coś takiego w sobie, że jedziesz taki, przeklinasz pod nosem swoją głupotę, rzucasz w rozciągającą się po horyzont przestrzeń pytania o sens tej udręki, zastanawiasz się za jakie grzechy za własne pieniądze sam sobie to robisz, po czym na mecie, na czworaka ze łzami
w oczach i bananem na twarzy zapisujesz się na kolejną edycję. Na dwa razy dłuższy dystans.
Na szczęście, jakieś resztki rozsądku uratowały nas przed kompletną katastrofą i na dwa tygodnie przed startem, mając na uwadze to, że w tym sezonie z powodu matury syn przejechał całe zero (słownie: 0) kilometrów na rowerze, stwierdziliśmy, że dystans 250 kilometrów może być jednak
lekką przesadą i skróciliśmy go do kilometrów 120. A konkretnie do 133, bo okazuje się, że organizatorzy pozwolili sobie na dużo swobody wytyczając trasę czegoś co sami nazwali MG120.
Start w sobotę, 14 dnia czerwca z plaży w Nieporęcie nad Zalewem Zegrzyńskim. Przeczuwając problemy z miejscami parkingowymi postanawiamy - no dobrze, ja postanawiam - że na start
dojedziemy rowerami. Czyli dodatkowe 15 kilometrów. W jedną stronę.
Wyruszyliśmy, skoro świt o 8 rano, z lekkim poślizgiem, dlatego że: - skarpetki nie takie - tato, gdzie są moje okulary?! - synu, dojedz to śniadanie! - tato, powerbank mi się nie naładował!!!
Droga nad Zalew Zegrzyński wzdłuż Kanału Żerańskiego jest urocza. Zwłaszcza rano. Upał jeszcze nie dokucza, pusto, cisza jak makiem zasiał… – Tato, tato!!! Rower mi piszczy! Jak on tak będzie piszczał przez całą trasę to ja nie jadę
Zrób coś!
No w mordę jeża - wczoraj jak go szykowałem to nie piszczał. – Pewnie trochę wody się do piasty dostało i popiskuje. Zaraz wyschnie i przestanie.
Na szczęście, faktycznie po kilku kilometrach wszystko ucichło. No prawie wszystko. – Tato, tato!!! Zimno mi! Daj mi kurtkę wiatrówkę! – Jest 18 stopni, za 10 minut się rozgrzejesz i będziesz ją zdejmował. – Ale mnie teraz jest zimno!
Dziesięć minut później. – No faktycznie już mi ciepło. Daleko jeszcze?!
I tak, rozmawiając sobie jak ojciec z synem dotarliśmy na linię startu, gdzie okazało się, że do dystansów mam podejście równie swobodne jak organizatorzy, bo na start było nie 15 a 18 kilometrów. Co oczywiście zostało mi momentalnie przez syna wypomniane.
Start. Wyjechaliśmy z plaży, pomachaliśmy panom policjantom zabezpieczającym imprezę i skierowaliśmy się w stronę Zegrza Południowego. – Tato, tato!! Czy my jedziemy w stronę Zegrza Południowego?! – Tak. – Ja tam ostatnio z kolegami byłem! Tam wszystko jest rozkopane! Boże, jak my tamtędy przejedziemy?!
Okazało się, że bez problemu. Minąwszy rozkopane krzyżowanie, po kilkuset metrach wjechaliśmy na most nad Narwią by po chwili skierować się na wschód, w kierunku Pałacu
Krasińskich i dalej na Serock. – Tato, tato!!! Ja kojarzę tą drogę!! – Tę! – Co?!
– Nie tą, a tę drogę. – No przecież mówię, że ją znam! Tam jest taki dłuuuugi podjazd!! Od razu na początku?!
Bez sensu! Kto tak bezmyślnie układał trasę?! Daleko jeszcze?!
Zerknąłem na profil wysokościowy na nawigacji. Faktycznie podjazd był. Całe 20m w górę
i 500m długości. Niech będzie - nawet bieg w przerzutce zmieniłem.
Zaraz za podjazdem, droga wyprowadziła nas na skraj pola, między urokliwe domki letniskowe
położone nad samym zalewem. I szuter. – Tato, tato!!! Jak to - już się asfalt skończył?! Przecież to dopiero 6 kilometr! – Synu, to jest Mazowiecki Gravel. Jak chciałeś jechać wyłącznie asfaltami, trzeba było
zapisać się na Mazowiecką Szosę. – A to była taka możliwość?! Dlaczego mi nie powiedziałeś?! – Była. Nie mówiłem dlatego, że masz rower “gravelowy” a nie “szosowy”. – Aha. A daleko jeszcze?
Z osiedla letniskowego, piękna parkowa aleja zaprowadziła nas prosto do Serocka. Tutaj przez
parę kilometrów poruszaliśmy się drogą rowerową wytyczoną przy dość ruchliwej trasie
na Pułtusk, gdzie szum samochodowy skutecznie uniemożliwiał synowi marudzenie, aż mostem
Obrońców Ziemi Serockiej przekroczyliśmy Narew po raz drugi i skierowaliśmy się wzdłuż jej
brzegu na północ. – Tato, tato!!! Chyba połknąłem muchę! – Sprytnie synu. Trochę białka ci nie zaszkodzi. Dobrze, że masz okulary, bo inaczej
jadłbyś oczami. – Ale dlaczego tu jest tyle owadów?! – Bo jedziemy wzdłuż rzeki, w koło same podmokłe tereny. Owady lubią takie obszary. – Jak ja nienawidzę tego latającego badziewia! Daleko jeszcze?!
Na szczęście po kilkunastu kilometrach oddaliliśmy się nieznacznie od linii wodnej, zostawiając
chmary owadów i gruntową drogę przy wale i wjechaliśmy na lokalne asfalty wijące się
malowniczo między mazowieckimi polami i łąkami, pachnącymi na zmianę niebieszczącą się
facelią, chabrami i… nawozem. Niesieni tym aromatem i pięknymi widokami, całkiem
przyzwoitym tempem mijaliśmy wsie o ujmujących w swej prostocie nazwach, takich jak Kruczy
Borek, Łęcino, Nowe Borsuki czy Borsuki Kolonia szukając miejsca na postój, bo w nogach
mieliśmy już ponad 30 kilometrów. Nie licząc oczywiście drogi na start, który to fakt regularnie,
co parę kilometrów, był mi przypominany. – Tato, tato!! Tu jest piach po obręcze!! Nie przejadę! Ja wysiadam! – Ale wysiadasz literalnie, żeby ominąć tę łachę, czy metaforycznie i mam dzwonić po
mamę? – Jeszcze nie wiem.
To ewidentnie była oznaka, że zapracowaliśmy na chwilę odpoczynku. W związku z tym
dosiedliśmy się - chociaż to tylko figura stylistyczna, bo tak naprawdę to staliśmy po prostu pod
czyimś płotem - do grupki innych, pokonanych przez piaskową łachę uczestników wyścigu.
Wcinając banana, Snickersa i żel energetyczny, kibicowaliśmy i żartowaliśmy z tych co usilnie
próbowali nie spaść z rowerów przedzierając się przez faktycznie dość długi, sypki i mocno
zdradliwy kawałek trasy.
Nabrawszy siły, energii i chęci - no dobrze, z tą chęcią to może nie przesadzajmy - ruszyliśmy
dalej. Kolejne kilometry to było istne gravelowe niebo, gdzie długie szutrostrady, leśne dukty
i drogi pożarowe o nawierzchniach, które choć pokryte żwirem, to zdecydowanie lepsze niż
niejeden wiejski, wysłużony asfalt, niosły nas przez kolejne kilkanaście kilometrów. Nawet syn
przestał chwilowo marudzić. Chociaż podejrzewam, że to raczej efekt tego, że zakleił się
Snickersem.
Kiedy jednak tempo ponownie zaczęło nam spadać, w okolicy 50 kilometra zdecydowaliśmy się
na kolejną krótką przerwę. Na skrzyżowaniu dróg, znaleźliśmy uroczą kapliczkę schowaną
w cieniu wielkiej topoli i otoczoną ławeczkami, które, jako że maj już się skończył, były wolne
od lokalnych staruszek. Idealne miejsce na krótki odpoczynek i faszerowanie się cukrami w różnej
postaci i stanie skupienia.
Tym razem nie zabawiliśmy długo i już po kilkunastu minutach zebraliśmy się i ruszyliśmy dalej.
Jeszcze przed połową trasy minęły nas “charty” z dystansu MG250, poruszający się co najmniej
dwa razy szybciej od nas oraz grupa kilkunastu pań jadących w jednakowych, firmowych strojach
Dantex, Dłutex czy jakiejś innej perły polskiego nazewnictwa zakończonej na “…ex”. – Tato, tato!! Siku mi się chce. – No to stańmy tu gdzieś w lesie. – Eee, aż tak to mi się nie chce. – Dobrze, to powiedz jak już Ci się będzie tak chciało. – Daleko jeszcze?
W ten sposób dotarliśmy do 65 kilometra, gdzie niemalże idealnie w połowie trasy, był sklep. Jako
że powoli kończyły nam się napoje w bidonach nie omieszkaliśmy skorzystać z nadarzającej się
okazji. Zakupiliśmy izotoniki z Igą Świątek szydzącą z nas bezczelnym uśmiechem z etykiety,
zimną oranżadę i colę. Ja uzupełniłem też zapas Snickersów, skoro wiedziałem już, że doskonale
działają zarówno na zmęczenie jak i marudzenie syna. – Tato, tato!! a może ta pani w sklepie pozwoli mi się wysikać w toalecie. – Nie pozwoli. – Ale dlaczego, przecież musi mieć tutaj toaletę. – Nie pozwoli, bo jakby w ramach precedensu (trudne słowo) pozwoliła tobie,
to musiałaby pozwolić też innym. Wyobraź sobie jakby wyglądała ta toaleta jakby
przetoczyło się przez nią kilkaset osób. – Ale ja jednak spróbuję. – Spróbuj.
Dwie minuty później. – Nie pozwoliła. Daleko jeszcze? – Nie, już tylko połowa.
Zaopatrzeni, napojeni i z wciąż jednym pełnym pęcherzem pojechaliśmy dalej. Po kilku
kilometrach asfaltów klasy Kongo, znowu zaczęły się leśne szutry. Dogoniliśmy grupę dziewczyn
spod znaku Dywanex siedzących na skraju drogi. Chociaż Mazowiecki Gravel to wyścig typu
self-support, to jednak kultura nakazywała nam chociaż zapytać: – Wszystko OK? Czegoś wam potrzeba?
– Masażu od prawdziwego mężczyzny – odkrzyknęły dziewczyny – To muszę was zmartwić, bo prawdziwi mężczyźni to jadą na dystansie MG500, tutaj to
możecie liczyć tylko na takich jak my.
Od nas masażu nie chciały. Może to i dobrze, bo zupełnie się na masowaniu - zwłaszcza
w warunkach polowych - nie znam. – Tato, tato!! Daleko jeszcze? – Niedaleko. A co? – No bo mi się ciągle siku chce. – No to zjedźmy tutaj, kawałek w boczną drogę i się wysikasz. – Ale ja mam nieśmiały pęcherz. – A 20 kilometrów do Wyszkowa wytrzyma? – Nie. – To sikaj.
Zatrzymaliśmy się przy leśnej, bocznej dróżce, gdzie wziąłem rower od syna. – Sikaj. – Nie mogę! Nie leci! – Zaraz poleci. O widzisz, już leci. – Ale tu lata jakieś robactwo!! Coś mi usiadło na nodze! Odgoń tego robaka! Aaa, on mi
na siusiaku chce usiąść!! – Nie machaj tak tą ręką, bo sobie nasikasz na rękawiczkę. – Aaa, nasikałem sobie na rękawiczkę!!
I tak z mokrą rękawiczką, ale pustym pęcherzem udało nam się pojechać dalej. Raptem po kilkuset
metrach, przy skraju drogi stała drobna dziewczyna i ze zrezygnowaną miną uważnie oglądała
tylne koło. Nie wiem czy już wspominałem, że Mazowiecki Gravel to wyścig typu self-support,
ale jednak kultura i “białorycerskość” nakazała nam zapytać: – Wszystko ok? – Powietrze mi zeszło. Tylko nie wiem czy po prostu zeszło czy dziura. – Pomóc Ci? – Nie trzeba.
– No to pomożemy.
Zatrzymaliśmy się więc, żeby pomóc. Skomplikowaną metodą uciskania opony palcami, fachowo
stwierdziliśmy to, co koleżanka i tak już wiedziała, że faktycznie nie ma w niej powietrza.
W oponie znaczy się, nie w koleżance. Chociaż ona też wyglądała na wypompowaną. Dziewczyna
trzymała już naszykowaną swoją kieszonkową mini pompkę. – Poczekaj, mam większą – powiedziałem dumnie i odpiąłem swoją półmetrową retro-
pompkę, którą miałem przymocowaną do ramy, na co syn stanął trzy metry dalej i udawał,
że mnie nie zna. – Tą będzie zdecydowanie szybciej.
Faktycznie wystarczyło kilka mocniejszych ruchów, żeby napompować koło. – Pojedź kawałek, zobaczymy czy nie będzie schodzić. Jak się okaże, że to dziura to
pomożemy Ci z dętką.
Wsiedliśmy na rowery, ruszyliśmy, ale po jakiś 200 metrach okazało się, że to jednak
zdecydowanie dziura, bo powietrze znowu zupełnie uszło. Rozstawiliśmy się obok drogi i raźnie
zabraliśmy się za wymianę dętki. Oraz za opędzanie od wielkich czerwonych mrówek.
Na szczęście operacja przebiegła szybko i sprawnie i już po kilku minutach i kilkunastu
ugryzieniach mogliśmy jechać dalej. Elwira, bo tak koleżanka miała na imię (tak na prawdę miała
inaczej, ale na potrzeby tej historii nie ma to najmniejszego znaczenia) pojechała kawałek z nami
zabawiając nas rozmową. Dowiedzieliśmy się, że jedzie z kolegami, ale każdy mniej więcej swoim
tempem i mają się zjechać za chwilę na pitstopie w Wyszkowie.
Szybko okazało się, że Elwirze ewidentnie nie pasowała nasze turystyczne tempo, więc
pomachaliśmy sobie i koleżanka popędziła w siną dal. – Tato, tato!! Daleko jeszcze? – Ale do końca czy do popasu w Wyszkowie? – Na razie do popasu. – To nie. Już za chwilę będziemy.
I
rzeczywiście minęliśmy pierwsze zabudowania Wyszkowa i w kilka minut dojechaliśmy
do restauracji, którą ktoś, zupełnie nie wiem dlaczego, postanowił oryginalnie nazwać
“Wyszkowianka”. Ochlapaliśmy się w toalecie, złapaliśmy po misce zupy pomidorowej, butelkę
piwa bezalkoholowego i zaczęliśmy się rozglądać za wolnym stolikiem. Niestety nie było takiego.
Zapytaliśmy więc pana, który siedział sam przy czteroosobowym stole czy możemy się dosiąść.
Okazało się, że co prawda pan jedno miejsce trzyma dla kolegi, który zaraz ma dojechać, ale dwa
pozostałe możemy sobie zająć.
Niezręcznie jest tak siedzieć przy jednym stole i się do siebie nie odzywać (syn był
usprawiedliwiony, bo po prostu nie miał siły mówić) więc zapytałem pana czy ten stary Author co
stoi obok należy do niego. Okazało się, że tak. A że ja też jechałem na starym Authorze (MTB z
1998 roku przerobionym na gravela) to bardzo szybko znaleźliśmy wspólny język i między
łyżkami zupy pogrążyliśmy się w dyskusji, że kiedyś to były czasy i rowery a teraz to nie ma ani
czasów, ani rowerów.
W pewnym momencie okazało się, że kolega, dla którego pan trzymał miejsce przegapił Wyszków
(a przynajmniej Wyszkowiankę) i jest już kilka kilometrów dalej na trasie. W związku z czym
przemiły pan złapał pośpiesznie swojego Autora i ruszył w pogoń, życząc nam powodzenia.
Posiedzieliśmy jeszcze chwilę, ale też zebraliśmy się, bo do mety mieliśmy jeszcze jakieś 50
kilometrów. – Tato, tato!! Wahoo (nawigacja, przyp. red.) mi się rozładowuje. – No dobrze, to podłączmy do niego powerbank. – Nie ładuje się!! Boże, zgubimy się tutaj i nie dojedziemy do domu! Dzwoń po mamę! – Spokojnie, może kabel się uszkodził. Podjedźmy na stację benzynową po nowy, bo dalej
to już tylko pola. – A daleko jeszcze? – Do stacji? Nie - o tam już ją widać.
Jak postanowiliśmy - tak zrobiliśmy. Zaopatrzyliśmy się w nowiutki, bielutki kabel microUSB
marki “Krzak” i już po kolejnych kilku kilometrach bateria w Wahoo padła całkiem. Niestety - co
okazało się dopiero później - nawigacja, a konkretnie gniazdo ładowania dokonało swojego
żywota. Wyścig gravelowy - piękna śmierć dla komputera rowerowego. Na szczęście mieliśmy
drugi.
Z Wyszkowa wyjechaliśmy nad nadbużańskie wioski, pola i łąki, gdzie na mniej więcej setnym
kilometrze czekała na nas największa atrakcja na trasie - przeprawa przez bród na rzece Fiszor. – Tato, tato!! Daleko jeszcze?
Teraz bez nawigacji, która zanim wysiadła pokazywała synowi dystans i odległość do mety,
pytanie wybrzmiewało z nieznośną częstotliwością. – Niedaleko, do brodu jakieś 2 kilometry. – To powinno być go już widać. A ja go nie widzę! Zresztą tu są same pola! No gdzie jest
ten bród!? – Zaraz dojedziemy.
Zaraz dojechaliśmy. Przy brodzie czekał na nas nieoficjalny pitstop zorganizowany przez
kibicujących, okolicznych mieszkańców. Zostaliśmy nakarmieni i zaopatrzeni w banany, można
było uzupełnić bidony wodą i zrobić sobie zdjęcie przy zaimprowizowanym stoliku z różnymi
antykami i szpargałami. – Tato, tato!! Przecież tam jest woda po kolana! Jak my to przejdziemy! – Zdejmujesz buty, wieszasz sobie za sznurówki na szyi, bierzesz rower na ramię i idziesz. – Ale tam są kamienie i jakieś tłuczone cegły na dnie! Pewnie nawet szkło. Na pewno się
poślizgnę! – Dlatego spakowaliśmy do sakwy buty do chodzenia w wodzie. Zakładaj. – To się nie może udać! – Uda się.
Udało się. Przeszliśmy na drugą stronę, nawet nie mocząc rowerów. Co prawda ja dwa razy
zgubiłem po drodze klapka i niewiele brakowało, żebym wywinął orła próbując go założyć stojąc
na jednej nodze z 14 kilogramowym rowerem na ramieniu. Ale udało się. Na drugim brzegu
siedliśmy sobie na trawie, żeby wytrzeć nogi. Obok nas siedziały już dziewczyny z Dębexu, które
przeprawiały się dosłownie chwilę przed nami i teraz na mokre nogi zakładały skarpety i buty. – Popatrzcie, chłopaki to mają ręcznik. Przydałby się taki. - skomentowała jedna z nich.
– Bo ja, droga Pani, to z racji bycia weteranem tego brodu, jestem przygotowany –
skrupulatnie przemilczałem fakt, że ręcznik do sakwy w ostatniej chwili wrzuciła mi żona. – Tak często Pan tędy jeździ? – Tak, codziennie do pracy – zażartowałem – i właśnie pokazuję synowi jaką ojciec ma
drogę do roboty. – No właśnie! Ucz się młody, ucz! Bo jak nie, to będziesz jak stary codziennie do pracy
przez bród, a zimą przez zaspy się przedzierał - wtrącił wesoło jakiś starszy jegomość. – A o której startowaliście? - zapytał kolejny – O 9:25. – Matko, ja o 8:00! to ja tak wolno jadę?! – Możliwe, chociaż zakładam, że pan raczej dystans 250 a my 120 kilometrów. – Faktycznie. to mnie uspokoiliście.
Jak widać atmosfera wesoła, a śmiechom nie było końca.
Od brodu do mety zostało nam jakieś 30 kilometrów. Większość asfaltami przez leżące nad
Bugiem malownicze wsie i osiedla letniskowych działek, gdzie Warszawiacy uciekają
na weekendy i wakacje. Na tych ostatnich kilometrach zagęściło się od zawodników i bez przerwy
doganiali nas i wyprzedzali kolejni zawodnicy z dystansu MG250, ale nam to zupełnie nie
przeszkadzało i toczyliśmy się swoim tempem, rozkoszując się krajobrazem skąpanym
w popołudniowym słońcu. – Tato, tato!! Daleko jeszcze? – Niedaleko. Jakieś 13 kilometrów. – To ja sobie tutaj usiądę i cichutko umrę, dobrze?
Oho! Ewidentnie nadszedł czas na ostateczne środki zaradcze. Wyciągnąłem z sakwy tajną broń -
czarną saszetkę żelu SIS Beta Fuel Ultra Turbo Super Hiper Dual Boost. Albo - zgodnie z
informacją na etykiecie - zapewni nam Ultra Turbo dawkę energii, albo taka ilość chemii
spowoduje gwałtowny rozstrój żołądka. Tak czy siak efekt powinien być taki sam - wjedziemy
pędem na linię mety. Miły truskawkowo-limonkowy smak rozlał się ciepłem po naszym
organizmie i już po chwili pędziliśmy - no dobrze, toczyliśmy się - w kierunku mety. Ulicą
Wczasową wjechaliśmy do Białobrzegów, skąd - utyskując na plączących się wszędzie pieszych
- ścieżką rowerową dotarliśmy do Nieporętu. Jeszcze tylko korek na moście przed rondem koło
McDonalds, ostatnie metry i meta!
Dojechaliśmy. – Tato, tato!! Dzwoń po mamę, bo ja to rowerem do domu nie wracam…
Epilog.
Kiedy na mecie odbieraliśmy medale i gratulacje od organizatorów, usłyszeliśmy radosne “To
oni!”. Okazało się, że to Elwira biegnie do nas ze swoją ekipą. – Chłopaki, zobaczcie - to oni pomogli mi z dętką na trasie.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że ekipa Elwiry to ten sam właściciel starego
Authora, z którym jedliśmy zupę w Wyszkowiance i kolega, który się zagapił i na tę zupę się nie
załapał. 800 osób startujących w wyścigu a my pomagamy na trasie jakieś losowej osobie,
po czym spokojnie, niczego nieświadomi jemy sobie obiad siedząc przy stoliku z jej znajomym.
Chyba trzeba puścić Lotto.
Aha. Mój rower do samochodu już się nie zmieścił, do domu musiałem dokręcić te dodatkowe 15
kilometrów. to znaczy 18.
A w przyszłym roku pojedziemy MG250. Albo 500.
