Mazowiecki Gravel

Aktualności: Facebook

4 days ago

PRZED NAMI PREMIEROWA PUBLIKACJA fantastycznego tekstu Grześka Kalickiego (4 miejsce) Mazowiecki Gravel - 530km przygodyStart.Samopoczucie przed startem nie zapowiadało niczego niezwykłego. Standardowy lekki stres połączony z poszukiwaniem toalety. Zupełnie nie wiem czemu chciałem znaleźć toaletę, tak jakbym nie miał jak zatrzymać się gdzieś w krzakach przez najbliższą dobę. Ale przyzwyczajenia z Poland Bike tkwią gdzieś głęboko w podświadomości, więc poszukiwania toalety były priorytetowe. Zachowałem też na tyle trzeźwości, że samochód zaparkowałem w okolicach mety, a nie w okolicach startu. Szybka fotka na rynku w Warce i można ustawiać się w sektorze. Moja liczna jednoosobowa grupa z godziny 8.20 ustawiła się tuż za jednoosobową grupą z godziny 8.15 i w oczekiwaniu na sygnał zająłem się rozmyślaniem na temat okolicy. Warka to ciekawe miasto, i chyba bardzo niedocenione. Wbrew pozorom położone bardzo malowniczo jak na standardy mazowieckie. Jest góra z rynkiem, poniżej przepływa spora rzeka (Pilica), a miasto otoczone jest oceanem sadów, głównie jabłkowych, co sprawia że można poczuć się jak w Toskanii. Po drugiej stronie Pilicy ciągnący się po horyzont las. Organizatorzy z Mazowieckiego Gravela zadbali o to, żeby wszyscy dowiedzieli się o tym co właśnie się odbywa, więc mimo piątku i wczesnej pory zebrało się trochę gapiów i kibiców. Tylko jeszcze ta cholerna nawigacja. Wziąłem nowego, pożyczonego Garmina i zapasowo stary zegarek Suunto. Ten drugi wiedziałem jak działa, ale jakość nawigacji pozostawiała wiele do życzenia. Najpierw odpaliłem zegarek, zawsze cokolwiek jest nieskończenie wiele razy lepsze niż nic. Następnie przystąpiłem do walki z nowoczesną technologią. Pojawiła się jakaś mapa – pierwszy sukces, ale po chwili stwierdziła, że zboczyłem z trasy i zniknęła. Po restarcie ponownie ujrzałem mapę, która działała. Postanowiłem, że dopóki działa, to już żadnego, ale to żadnego guzika na tym wynalazku lepiej do mety nie dotykać. Z sielanki wyrwał mnie głos z głośnika oznajmiający, że startuję za 10…9…8… No więc trzeba jechać. Pierwsza prosta z górki, można poczuć wiatr we włosach i klimat zawodów….. gdyby nie ta cholerna nawigacja ! „Zawróć !” ARGGHHH ! Czemu ja mam zawrócić, jak wszyscy przede mną jechali w dół? Na szczęście zegarek potwierdził – w dół. No to jadę i walczę z Garminem omijając przechodniów, samochody i omal nie rozjeżdżając fotografa. Działa, w końcu! Na wszelki zostawiłem obie nawigacje na jakiś czas włączone, obserwując czy wskazują to samo. 10 km.Pierwsze 5 km poszło szybko. Jedna jedyna myśl mi chodziła po głowie – jechać w tlenie, jechać w tlenie! To nie Poland Bike, jeszcze będzie czas się zmęczyć. Wspomnienia z ostatniej Hardej nie pozostawiały złudzeń – dobry początek kończy się katastrofą. Staram się więc grzać poniżej 30 km/h, chociaż i tak nie wiem ile jadę, bo boję się dotknąć nawigacji. Początek asfaltem, między sadami i polami – mazowiecka Toskania, można się rozmarzyć. Zawodnik z grupy poprzedniej miał 5 minut przewagi, więc go wypatruję… Nie ma go i nie ma. Wniosek, że moje tempo jest właściwe, nie za szybkie. Dogoniłem na jakimś ósmym kilometrze, od razu trzy kolejne osoby. Więc może trochę jednak za szybko? Tymczasem zza zakrętu wyłonił się gość jadący w drugą stronę. Czyżby obie nawigacje wywiesiły białą flagę? Szybkie sprawdzenie, gość zawraca, znaczy że jadę dobrze. Kątem oka dało się zauważyć, że mnie dogania, pewnie chce złapać koło. No to cisnę, ale mimo to momentalnie mnie dogonił i, jadąc koło mnie, spogląda podejrzliwie. Jak policjant, albo strażnik TPN, który widząc mnie z daleka dla zasady przygotował mandat i właśnie chce go wręczyć. Odwracam się nieufnie: elektryk, i trzy kamery Go-pro – a więc kamerzysta, jak miło. Rozpoczęła się krótka pogawędka, po czym pognałem dalej. Akurat trafiła się długa prosta asfaltowa, idealna okazja żeby przejrzeć co się dzieje na FB: Wawerska Jazda oznajmia, że właśnie maneli pierwszy punkt kontrolny, a w Peugeocie pojawił się lekki motywujący doping. 50 km.Dobrze by było złapać czyjeś koło. Grzesiek Cisowski z ekipą jadą na pewno na zmianach. Oni potrafią przycisnąć, ale będzie wstyd jak ja, nie dość że ich nie dogonię, to jeszcze oni mi uciekną. Oni mają plan nocować, ale czy na pewno? I czy wszyscy? Może znajdzie się dwóch, którzy na zmianach będą cisnęli do mety. A ja? Ja sam, jak ten palec. Wyprzedzam tylko jakichś ewidentnie wolniej jadących. Nikt się nie nadaje na koło. Ale zaraz – chyba że on. Zbliżam się do niego bardzo powoli, znaczy że prędkość porównywalna. On się nada. Dogoniłem jegomościa i lekko zwalniając (żeby go nie przestraszyć) zachęcam do podjęcia współpracy. Złapał koło, połowa sukcesu. Nawet zagadał, czy może pojechać ze mną kawałek. Super, ja to mam szczęście. No to jedziemy. Moja zmiana pierwsze, jadę spokojnie, miarowo. Długi prosty kawałek asfaltu przez las. Lemondki dobrze leżą w rękach, okulary zapewniają ochronę przed komarami. Oddech równy, głęboki. Może nawiążę jakąś pogawędkę, mamy w końcu przed sobą wiele kilometrów. Pytanie pierwsze – „jak się nazywasz”? Brak odpowiedzi. Odwracam się. Kolega 300 m za mną, pomachał mi tylko na do widzenia. A ja uświadomiłem sobie smutną prawdę, że na koło nie mam co liczyć. 80 km. Kolejny rowerzysta. „- Cześć i na razie”. I kolejny rowerzysta. „- Cześć.” Kolejnych trzech rowerzystów. Ale ich tu jedzie. Zobaczmy jak to na mapie wygląda. Złożony w lemondkach dłonie mam wolne, więc przeglądam telefon z nudów. Jestem gdzieś w jednej trzeciej stawki, może w połowie, ciężko dostrzec, bo mimo wszystko trochę trzęsie. Ciekawe co na chacie Peugeot Niedziółka… O, chłopaki się śmieją, że odpisuję na posty. No ty cyk, selfiaczek, niech zazdroszczą, że jadę rowerem . Kolejny rowerzysta. Na Niedziółce doping. To działa lepiej niż amfetamina. Gosia też coś napisała. O, kibicuje z dzieciakami, jak miło. Kolejny rowerzysta. Tylko gdzie jest ten chechpoint, który chłopaki z Wawerskiej Jazdy zaliczyli już ze trzy godziny temu. Już powinienem tam dojechać. Opcje są dwie, albo już minąłem i go po prostu nie widać, albo chłopaki jadą na zmiany i mają naprawdę dobre tempo. Na podglądzie ciężko ich wypatrzeć, bo większość zawodników jest w mniej więcej tym samym miejscu. W końcu znalazłem kawałek szutrów i droga przez las, w końcu jakaś miła odmiana. Ptaki ćwierkają. Kolejnych trzech i kolejnych dwóch rowerzystów. No to wyprzedzam i jadę dalej, ale po jakichś pięciu minutach daje się zauważyć, że chłopaki cisną za mną. O, może w końcu ktoś na koło weźmie. Więc taktycznie lekko zwalniam i czekam na rozwój wypadków. Jest to idealny moment na przerwę obiadową. Żelki zalotnie wyglądają z kieszeni plecaka. Leśne szutry nawet równe, lekko kręte, amorek wybiera nierówności, lemondki umożliwiają prowadzenie z wolnymi dłońmi – można piknikować. Regularnie oglądam się za siebie, chłopaki coraz bliżej, ale jakoś nie chcą wyprzedzić. Utrzymują takie kontrolne 100 metrów odległości. Tylko po co? Nagle słyszę „Cześć”. No w końcu to nie ja mówię cześć, tylko mi mówią. Grupa się zdecydowała? Nie to jakiś zielony, samotny, i szybko jedzie. Szybciej niż tamci. Wciskam pedał i łapię koło. Nawet bardzo szybko jedzie. Wpadliśmy w piachy, on na gravelu, ja na MTB, a on mi ucieka. No w końcu ! Trzymam się blisko, żeby nie zgubić koła. Na piachach mam przewagę, ale mimo wszystko czuję, że zaczynam jazdę beztlenową. Po chwili pojawił się asfalt, a wraz z nim kolejny mocny zawodnik. Po krótkiej rozmowie dowidziałem się, że chłopaki, Krzysiek i Peter, wystartowali o 8.45, czyli 25 minut po mnie. Tempo mają idealne, i nawet zapasy wody im się kończą (podobnie jak i mi), więc lada chwila będzie przystanek w sklepie. 125 km.Najedzony, napity, z pełnym bidonem i dwójką mocnych kompanów przystąpiłem do walki z drugą setką. Humor od razu się poprawił. Koledzy tempo narzucili dobre, w okolicach 35 km/h (ale dokładnie to nie wiem, bo strach ruszyć nawigację). Jest jeszcze zegarek, ale ciągle z tyłu głowy mam świadomość, że te zawody nie skończą się za godzinę. Ani za pięć. Prąd będzie potrzebny. Mam niby bank energii, ale zupełnie nieprzetestowany system. Co będzie jak nie będzie ładować? Albo jak Garmin wysiądzie i trzeba go będzie ładować jakiś czas zanim się włączy? Co będzie jeżeli stanie się to w nocy w lesie? Nie będę przecież kiblował pół godziny. Zegarek jest potrzebny, więc na razie nie włączam. Jadę jakieś 35 km/h, sam na pewno szybciej nie pojadę, wiec jest dobrze. Wawerska Jazda też na pewno szybciej nie jedzie. Byle tylko jechać w tlenie. Co jakiś czas wychylam się na zmianę. Staram się na krótko, chłopaki z resztą trzymają mnie z tyłu. Z drugiej strony nie wypada cały czas na kole, więc zmieniam, bez szaleństw, kontrolowanie. Zaczynają się zabudowania, powili coraz wyższe. Jakaś aglomeracja. Ruch uliczny się wzmaga i zaczyna się robić ciekawie. Samochody popychają przy wyprzedaniu, robi się szybciej. Coraz więcej skrzyżowań, aż w końcu on – przejazd kolejowy. Oczywiście przed chwilą zamknięty – a jakże by inaczej. Przy szlabanie czeka grupa rowerzystów, sporo ich, ponad pięć, jest więc chwila na pogaduchy. Humory wszystkim dopisują. Na horyzoncie pojawia się wyczekiwany pociąg, który majestatycznie minął przejazd. Wtem z tyłu słychać okrzyk „Otwierać szlaban !” . I jak na komendę zapory się podnoszą, a na przejazd, na pełnej petardzie, wpada dwóch kolarzy. Gonimy! Ale łatwo nie jest, tempo mają zacne, a w mieście, jak to w mieście w godzinach wczesnopopołudniowych, sielanka, spokój, ruch uliczny praktycznie zamarł. A pięciu rozpędzonych, wesołych rowerzystów chce się ścigać. Więc slalomem, każdy jedzie jak puszcza. Z prawej, poboczem, z lewej, środkiem na trzeciego. Zrobiło się ciasno, więc na chodnik. Ktoś skręca w lewo, to szybki zwrot na prawą. Pierwszeństwo? OK, ustąpię, ale po zawodach. Zaraz, tam chyba było czerwone? A nie, może mi się wydawało… Pędzimy tak koło 40 – 45 km/h, aż zatrzymują nas światła z jakąś główną drogą. Tych już nie zaczarujemy. I o dziwo na światłach czeka Marta, która wystartowała o 6.20. Zdziwiona, że ją już dogoniłem, ja z resztą też zdziwiony. A nowi koledzy, Krystian i Cezary, wystartowali o 9.00. Mamy minutę na pogawędkę. „- Czyli to wy jesteście tą grupą śmierci z godziny 9.00? – Nie, grupa śmierci jedzie za nami  (śmiech)”. Więc jest nas pięciu. Ciekawe jak daleko... Za Sochaczewem nasza grupa zrobiła się wyjątkowo zorganizowana. Jeden prowadzi, reszta równiutko gęsiego, później zmiana, drugi prowadzi, pierwszy na koniec. O rany! Kolejka zaraz dojdzie do mnie. Nim pomyślałem wyszedłem na zmianę. Nie może być wstydu. Spinam poślady, ale z zapasem, muszę wytrzymać minimum 5 minut. Wiatr w twarz, lemondki, wyrównać oddech. Każda minuta rozciąga się w nieskończoność, uczucie podobne jak czekanie przy zamkniętych drzwiach do toalety. W końcu odpuszczam, zajmuję tyły i próbuję wyrównać oddech. Powoli znowu zbliża się moja zmiana. O nie ma opcji, nie ogarnę. A chłopaki przyspieszają. To się nie uda. Uświadamiam sobie, że jadąc z nimi dojadę do Ciechanowa ze świetnym wynikiem, ale dalej już nie pojadę w ogóle. Muszę odpuścić, tylko jak to zrobić z honorem? . W tym momencie Cezary pomylił skręt i całość zawróciła. Na tę chwilę czekałem. Nie spinając się wyjąłem żelki, w końcu mogę dokończyć obiad. No i pora uzupełnić zapasy w sklepie. 160 km. Grupa śmierci pojechała, a moje tempo spadło. Zmęczyli mnie. Podłączam się do wyprzedzanych rowerzystów. Ci tutaj jadą lepiej od tych, co wyprzedzałem rano, nawet można chwilę na kole odpocząć, rozmowę zagaić. Ale nie na długo, bo prędkość mimo wszystko za mała, w końcu to zawody i muszę pracować na wynik. Czekam na tę drugą (pościgową) grupę śmierci, tam na pewno będą ludzie na moim poziomie. A za rzeką krajobraz się zmienił nie do poznania. Truskawki! Całe pola truskawek. Po horyzont truskawki! Czerwoniutkie truskaweczki. Już się nie mogę doczekać obiecanego punktu odżywczego z truskawkami. Parkuję na chwilę i szabruję garść. Bajka. Ale nie ma co tracić czasu, na punkcie odżywczym będą zerwane, umyte i bez szypułek. Szybciej zatankuję witaminki, niż w tych krzakach. Wtem oczom mym ukazała się stacja benzynowa – lśniąca, z dużym napisem kawa. Życie jest piękne. Zajeżdżam, parkuję, -w przebudowie. Pani w baraku krzyczy – kawy nie mamy. Szlak. Smaruję łańcuch, bo skrzypi tak, że całą zwierzynę w lasach straszę. Naprzeciwko stoi mały sklepik, dopiero tam znajduję szczęście. Zimna kola w tym upale siada jak złoto. Dojeżdża trójka kolarzy, w tym jedna reprezentantka płci pięknej. Wyprzedzałem ich jakieś 20 minut wcześniej, ale dogonili. Po udach widać, że to nie nowicjusze. Postanawiam relaksacyjnie zabrać się z nowymi znajomymi. Na asfaltach jedziemy całkiem mocno, 30 nie schodzi. No i w końcu mogę podejrzeć u kogoś licznik i pogadać o statystykach. „– Gdzie będzie punkt odżywczy z truskawkami? – Już był. – JAK TO JUŻ BYŁ? - No w Czerwińsku. Były truskawki, musy truskawkowe, soki truskawkowe…. – Dobra, już nie kończ. Nie było pytania.” Cholerny Czerwińsk. Jakby nie było tam takiego zjazdu przed samym rynkiem, to może bym nie jechał jak postrzelony, 50 km/h, i może bym wypatrzyłbym ten cholerny namiocik z truskawkami. Trudno, kupię sobie truskawki po zawodach. Powoli zbliżamy się do dwusetnego kilometra. Spodobała mi się moja nowa drużyna, wspólna trasa niestety nie trwała długo, bo tylko do pierwszego lasu. W lesie pełno piachu. Gravele, jak to gravele, na piachu mocne nie są. Moje MTB też nie najlepsze, bo opona wąska, bez bieżnika, napompowana prawie do 3 bar. Ale na pewno lepsze niż gravele. Jechałem z drużyną jeszcze kawałek, ale przy ich pierwszej wywrotce pożegnałem się i pojechałem swoim tempem. Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie ma żadnej drugiej grupy śmierci. Jestem sam. Czterech jedzie przede mną, ich już nie dojdę, za mną nikt. Zostają jeszcze zawodnicy, którzy wystartowali przed 7.30 i jadą mniej więcej w moim tempie. Wszystko powinno się wyjaśnić za Ciechanowem. 240 km. Jaka piękna burza. Burze zawsze mnie zachwycały, ale ta jest wybitnie piękna. Chmura czarna jak noc odcina horyzont. Ewidentna linia rozgraniczająca słoneczne pola od czarnego piekła. Do tego tęcza. I pioruny. Piękna burza. Jak to cudownie podziwiać burzę, w stronę której właśnie jadę. Ale przecież mogę się tym zachwycać, bo zgodnie z radą kolegi wziąłem ubranie na zmianę. Właśnie na taki przypadek. Jak będę całkiem mokry, to założę suche spodenki i suchą bluzkę i suche skarpetki. No bo przecież pakowałem się dwa dni i o wszystkim pomyślałem. Nawet o tym, żeby ubrania spakować do plecaka w foliowej siatce, żeby nie zmokły… Cholerna foliowa siatka! Zaczyna kropić, w oddali słychać grzmoty. Sklep, gdzie jest sklep! Oczywiście brak, tylko jakaś rodzina grilluje pod altanką. Więc zatrzymuję się i błagalnie wołam, czy mogą mi dać worek na śmieci. Ależ ich to rozbawiło, ale dali. No to ahoj przygodo. Zaczęło padać, a piach zrobić się niemożliwy do jazdy. Błoto oklejało całą oponę, ale pod spodem piach był jeszcze suchy i powodował całkowite zapadnięcie się koła. Na szczęście Ciechanów już niedaleko, tam czeka zupa. Burza mnie rozczarowała. Trochę pokropiło i tyle. Nawet ubranie na zmianę się nie przydało. Oczywiście jakbym nie dostał worka na śmieci, to by mnie przemoczyło do suchej nitki. Wjeżdżam do Ciechanowa. Żebym tylko nie zrobił z zupą takiego numeru co z truskawkami. Miasto powitało mnie utwardzoną drogą, więc jest chwila pogadać z kibicami na chacie. Gosia z dzieciakami przesyłają zdjęcia i gratulują, bo przede mną tylko dwadzieścia osób! Kilka pewnie je zupę, czterech uciekło, więc zostaje 10 do dogonienia. Wow, mocny jestem. Sweet focia na grupę Niedziółka, tu też wszyscy kibicują. No i jest – punkt odżywczy. Długo nie zabawię, max 5 minut. Standardowo: zupa, szybka kawa 50:50 z wodą, żeby można wypić duszkiem, dwie kromki chleba na drogę. Pozostali patrzą na mnie zdziwieni. Ale na punkach odżywczych się przegrywa, więc dziękuję za obiad i lecę dalej. Kierunek Różan. W końcu droga nie prowadzi na północ, w końcu nie będzie pod wiatr. 300 km. Piękny, długi asfalt, chyba 20 km prosto. Poza czwórką, której już nie dogonię, zostało jeszcze dziesięciu. Na horyzoncie jeden z nich, jedzie z moją prędkością. Czyżby w końcu trafi mi się kompan do współpracy? Gonię, ale bez napinki, miarowo lekko przyspieszam. Powoli się zbliża. Mija kilometr, drugi, piąty. Już widzę biały kolor koszulki. Aż tu nagle zniknął. Pod sklepem stały jakieś rowery, więc pewnie zjechał po zapasy, bo na horyzoncie widać już tylko las. Pora się przygotować na zmianę otoczenia. 5 minut przerwy na poboczu, szybki przepak, i jest. Ten w białym dogonił. Startuję z nim, a on zadowolony oświadcza, że już powoli ma dość i zjechał na piwo. Ależ ja mu zazdroszczę! Piwo raczej mocy nie doda, ale mimo to mu zazdroszczę. A on nawet mojego koła nie trzyma, odpuścił sobie. Cóż, gdybym nie miał jakichś chorych ambicji na wynik.. Ciekawe po co ja tak gnam? Zamiast piwa się napić. SMS – Gosia pisze żebym cisnął jeszcze pięciu przede mną (plus tych czterech). Nie ma lekko, trzeba gonić. Artur pisze: „– Jak tam? – Czterech uciekło, pościgu brak, będę walczył o miejsce. – Goń ich, może któryś odpadnie.” Ta, jasne... Odpadnie. No ale gonię. Powoli zaczyna mnie wszystko boleć. Nogi bolą, trochę się zmęczyłem. Ręce też bolą, obie pozycje niewygodne. Szyja boli bardzo, lemondki mają też swoje minusy. Dupa boli, a każdy wybój mi o tym przypomina. Ale plecy mnie nie bolą. One napier… lają. Asfalt się skończył i zamienił w las. Na szczęście droga względnie twarda, piachu mało, a w oddali Różan. Bez lampy nie dojadę, robi się ciemno. I majestatycznie. Zachód słońca i pola zamieniające się w lasy. W Ciechanowie mówili żeby zrobić zapasy w Różanie, bo później to już tylko las. Tymczasem w Różanie pod sklepem miła (dla mnie) niespodzianka. Zawodnik z numerem 192 pakuje rower do samochodu. To Peter, z pierwszej czwórki. Podchodzę zapytać o co chodzi. Coś urwał. Czyli walka o czwarte miejsce. Nasmarować łańcuch, przyczepić komplet lamp, bo już ciemno, pod kask czołówka. I bluza się przyda, bo zimno. I jeść. Nie chce mi się jeść, ale wiem, że trzeba. Mimo, że żołądek skurczony, to bez paliwa daleko nie dojadę, więc wciskam w siebie ile się da. Po kieszeniach upycham zapas na drogę: sześć musów, dwa batony i dwa banany. Litr wody powinien starczyć, w końcu zimno się zrobiło, nie będę tyle pił. Na następnej stacji benzynowej uzupełnię. 350 kmBanany zjadłem zaraz za sklepem. Żołądek jak poczuł jedzonko to zażądał więcej. Wpadam do lasu i zastaję to, czego się obawiałem – albo wręcz przeciwnie – oczekiwałem. Piach. Duuuużo piachu. Piach znacznie spowalnia jazdję, ale mnie na MTB spowalnia odrobinę mniej niż innych na gravelach. Przede mną uciekająca trójka i jeden zawodnik z 6.30 (nauczyłem się już odróżniać godzinę startu po numerze). Resztę, która była przede mną, dogoniłem w sklepie, albo poszła spać. Więc jeden zawodnik, którego mam szansę dogonić, a poza tym las i świecące oczy w krzakach. Mnóstwo świecących oczu. Sarny, lisy, łosie, bezpańskie psy, niedźwiedzie i nosorożce. Ciężko powiedzieć czy o jakimś gatunku nie zapomniałem, ale pewne jest, że w świetle mojego halogenu las nocą prezentuje się magicznie. Gdyby nie zawody, to za żadne skarby bym tu nie wjechał o tej porze. Brok, ostatnia ostoja cywilizacji przed bezkresnym lasem. Oczywiście o tej porze żaden sklep nie działa. Stacji benzynowej brak. Zostały mi trzy musy, baton i pół litra wody. Dam radę. Gość z czwartego miejsca mocno jedzie. Co nadgonię, i na chwilę zwolnię to widać, że odjeżdża. Mocny zawodnik się trafił. Tymczasem ból wszystkiego przeobraził się w nieznośny ból wszystkiego. Bolą nogi, dupa, szyja, pleeeecyy, ręce…. w zasadzie głowa też zaczęła boleć. No bez jaj. Chwila przerwy, łyk regeneracji… Wsiadam na mojego rumaka, składam się w lemondki i gonię po tych leśnych wertepach. Korzenie tłuką w dupę, ale co tam. Łokcie? Plecy? Później będę się regenerował. Teraz gonię. 400 km. Jakbym tylko dogonił tego gościa z czwartego miejsca, to mógłbym zwolnić. Mam pewnie nad nim przewagę, bo on startował dwie godziny przede mną, ale pewności nie mam. Na tej mapce niewiele widać. Ile mam do niego? 5 km? A może 30? W tych piachach 30 km to ze dwie godziny, czyli tyle ile teoretycznie mam przewagi. Żebym tylko go dopadł na zasięg wzroku, później można by pojechać spokojnie, asekurując jakby chciał uciekać – dwóch godzin i tak raczej nie nadrobi. Ciekawe co tam w sieci? Marcin na dobranoc pisze żebym cisnął, i że jestem piąty. Reszta śpi. Niech żałują, że śpią, a nie jeżdżą na rowerze jak ja. Ich strata. Tymczasem las łatwo nie puszcza. Krzaki, piachy, piachy, kawałek szutru. O ! Asfalt! Ale tylko 500m, a potem znowu piach. Piach. Szuter i piach. Zaglądam do kieszeni – zapasów ubywa. Z jednej strony trzeba oszczędzać, ale z drugiej trzeba coś jeść. Został już tylko jeden mus, jeden baton i może 200 ml wody. Gdzie ta stacja? Gdzie koniec lasu? Gdzie te piękne asfalty, które tak usypiały na początku? Co ja tu w ogóle robię? Aż tu nagle w ciemności pewna otucha – światełko. Czyli udało mi się dogonić czwartego. A skoro jest w zasięgu wzroku to mam nad nim te dwie godziny przewagi (ze względu na różną godzinę startu). A skoro dogoniłem to tak łatwo nie ucieknie. Dla mnie to oznacza koniec ścigania, tych trzech z czołówki totalnie poza zasięgiem, czwarty dwie godziny za mną. Mogę więc zatrzymać się na 3 minuty i rozprostować kości, bo ból pleców powoli zaczął przebijać się przez ketonalową osłonę. Teraz tylko wytrzymać do końca. Utrzymać spacerowe tempo i spokojnie do mety, żeby nie złapać bomby energetycznej. Rozsądek, odżywianie, spokojna jazda…. ach, żeby to było takie łatwe. Ruszam. Za zakrętem widać światełko (jakoś szybko, czyżby na mnie czekał), a Dawid wita mnie słowami „– Ja tu zdjąłem buty.” Że co? Jakie buty? Mam halucynacje? Po co on zdejmował buty. Acha, kałuża, ale po co buty. Acha, to nie kałuża tylko rzeka. Właśnie moje koło zassało się w dno, a mi pozostaje tylko albo się przewrócić, albo zamoczyć oba buty. Wybieram opcję nr dwa i schodzę z roweru. Woda ciepła, szkoda tylko, że na zewnątrz zimno. Kolejne parę km staram się jechać z Dawidem na zmiany, ale w tym piachu to jest bez sensu. Moje tempo mimo wszystko jest szybsze. Poczęstował mnie wodą, za co bardzo dziękuję, po czym nie pozostało mi nic innego niż jechać dalej. Głód zaczyna być nieznośny. Zjadłem całe zapasy, stacji benzynowej brak. Tylko lasy i piach. Cały czas piach. Gdzieniegdzie jakaś sarna przeskoczy drogę. Nasi przodkowie to mieli fajnie, polowali sobie na sarny, a później je jedli, upieczone z ogniska. A jak ktoś miał fantazję, to zjadał na surowo. Może mógłbym jakąś dogonić, tylko one szybko biegają, a ja już zmęczony. Zaczynam rozrywać opakowania po zjedzonych musach i wylizywać ze środka resztki. Na dnie plecaka nawet znalazłem jeden ostatni musik, wyssałem do ostatniej kropli. Wody brak. Zaczyna mi się kręcić w głowie. No i zrobiło się okropnie zimno (po zawodach przeanalizowałem odczyty z navi, było +6 °C). Mokre stopy odmarzły, straciłem czucie. Ale nie ma tego złego, jak wyjdzie słoneczko to się odmrozi, a na chwilę obecną skoro nic nie czuję, to zimno nie będzie mi dokuczać. Wyjechałem z lasu, powitała mnie poranna szarówka przed wschodem słońca. Znowu jest pięknie, ale niestety czuję, że staję się wrakiem człowieka. I to nie ze zmęczenia, ale z braku paliwa. Sześć godzin jazdy przez piach bez żarcia. O czym ja myślałem w Różanie? Że będzie stacja benzynowa? Z każdym kilometrem opadam z sił, prędkość jazdy po asfalcie spadła do prędkości jazdy po piachu. Aż dziwne, że Dawid mnie jeszcze nie dogonił, on pewnie też ciągnie na rezerwie. Już mnie nic nie zachwyca, ani wschód słońca, ani mgły na polach, ani zamek w Liwie. Powoli zaczynam odpływać, mam chwilowe zaniki świadomości i wiem, że przyczyną nie jest brak snu. Zatrzymuję się na poboczu, żeby przeanalizować opcje. Przede wszystkim muszę się ubrać we wszystko co mam. Czyli zapasową koszulkę zakładam na kurtkę, zawsze coś. Worek foliowy…. nie przesada, w tym się nie da jechać. Skarpetki na zmianę niby mam, ale buty całe mokre. Jak założę, to sucha skarpetka zaraz będzie cała mokra, to bez sensu. No ale, zakładam jedną, a na nią starą morką. Nie wiem po co, ale tak właśnie zakładam. Drugiej już mi się nie chce. To bez sensu, i tak w stopy nic nie czuję. A może tu pójdę spać na godzinkę? Nie, nie ma takiej opcji. Teraz jedzenie – analiza co mam: tabletki musujące do rozpuszczania w wodzie – ekstra, zawsze jakiś cukier. Zjadam na sucho całe opakowanie. Co dalej: magnez na skurcze. Też może mieć cukier, zjadam cały. Wylizuję resztę porozrywanych opakowań po musach. Popijam ostatnią kropelką wody. Ciągle mało. Rozglądam się dookoła – jest pole, szkoda że bez truskawek. Zaczynam wyrywać po kolei różne rośliny w nadziei, że znajdę buraka czy inną pietruszkę, ale niestety nie widać nic co można zjeść. Białe kwiatki z akacji – tę opcję zostawiam sobie na później. Trzeba jechać. 450 kmDojeżdżam do drogi krajowej nr 2, gdzieś pod Siedlcami. Samochodów brak. Wyciągam telefon i analizuję opcje: Siedem kilometrów na wschód jest stacja benzynowa, czyli nadłożę 14. Z jednej strony 14 km to sporo, z drugiej jak uzupełnię zapasy to zostanie mi tylko delektować się finiszem. Mam przecież ponad dwie godziny przewagi nad kolejnym zawodnikiem. A prosto? Najbliższa wieś – Jeruzal. Tam miał być chyba punkt odżywczy? 22 km. Dam radę. Obym się nie mylił. Na szczęście piachy się skończyły. Staram się utrzymać wolne, ale stałe tempo i jechać prosto. Jeruzal coraz bliżej, już czuję smak tej zupy. Szalenie istotne przed takim maratonem jest zapoznać się z trasą, co najmniej teoretycznie. Niestety punkt odżywczy okazał się wirtualnym punktem pomiaru czasu. Jedyna osoba, która powitała mnie na ryneczku, to jakiś pan, który spał na ławeczce, którego obudziłem puszczając serię przekleństw. No nie ma opcji, trzeba jechać dalej. Już prawie piąta, zaraz sklepy będą się otwierać. Kolejne minuty, kolejne kilometry, a każda chwila rozciąga się do nieskończoności. Gdzieś w oddali z naprzeciwka jedzie samochód dostawczy. Jedzie powoli i zatrzymał się na poboczu. Wypatruję, czy to przypadkiem nie dostawa z piekarni. TAK! Zaraz, może halucynacje? Czytam jeszcze raz, wyraźnie napis „piekarnia”. Zajeżdżam mu drogę, żeby nie uciekł i błagalnym tonem proszę o bułkę. Ten miły pan, jak mnie zobaczył, oczywiście nie śmiał odmówić, ale sprzedał cynk, że właśnie zrobił dostawę do sklepu i ta pani tam ciągle jest i rozkłada towar. 500 m stąd! Podziękowałem za wiadomość, bułkę już sobie darowałem, pędzę do sklepu. I znalazłem w końcu pragnień moich przystań. Kupiłem wszystko po kolei. Oczywiście zjedzenie tego stanowiło nie lada problem, bo zaciśnięty żołądek od razu chciał wszystko zwracać. No nic, poczekam na słoneczku, które właśnie zaczęło grzać jak wczoraj w południe. Stopy odmarzły, glukoza powoli trafia do mózgu. Jem więcej, bułka, banan, kefir, batonik, bułka, kola, sevendejs, jakiś serek. Powoli trzeba zbierać się do drogi. Z uśmiechem na twarzy kończyłem zapychać kieszenie batonami, kiedy dojechał Dawid. Popatrzył na mnie i bez żadnych dodatkowych pytań powiedział „ do zobaczenia na mecie ” . 500 km. Teraz to już mnie nic nie zatrzyma. Złożony w lemondki odzyskałem wcześniejszą grację. Piachów jakoś mniej, a nawet jak są, to teraz biorę je na pełnej. A na twardych prostych 30 nie schodzi (później na stravie wypatrzyłem, że na jakichś odcinkach w tej okolicy załapałem się na top 10). Zobaczmy co w Internetach. Gosia chyba jeszcze śpi. Wysyłam zdjęcie z Lubic na pobudkę. Ale Peugeot – pełne zaskoczenie. Cała drużyna kibicuje i komentuje, aż miło poczytać. Wysyłam selfi. Jest moc, jadę po swoje. Po kolei pojawiają się coraz bardziej znane okolice: Lubice, MPK, wał nad Wisłą, most w Górze Kalwarii. No to została ostatnia godzina. Ta ostania prosta okazała się najtrudniejszą z całych zawodów. Organizatorzy postarali się, żeby na koniec można było pokazać klasę. Niejeden maraton MTB nie powstydziłby się takiej trasy, jak ta końcówka. Dziury przeokrutne, piachy, strome podjazdy, ścieżki, które nigdy nie były uczęszczane, krzaczory chłostające po twarzy (a przecież to tylko przerośnięta trawa). Jednym słowem ekstra trasa. Ale mimo wszystko chciałbym już dojechać. Już mi się znudziło. Mentalnie chyba już nastawiłem się na finisz. Nic nie piję i nic nie jem, czekam na koniec. Już tylko kilometr… no niestety, pomyłka, jeszcze 15. Cholerny GPS. Na szczęście asfaltem. Humor ponownie mi się poprawił jak zobaczyłem napis Warka. A kawałek dalej kemping nad Pilicą i banery z zawodów. Powitała mnie cała ekipa MG. Były zdjęcia, wywiady, i poczęstunek. A ja bardzo się starałem mówić z sensem i do rzeczy. Byłem trochę zawiedziony, bo chciałem wykręcić odrobinę lepszy czas. Jednak ta końcówka – idealna kropka nad „i”. No i czwarte miejsce.Moda na MazowszeMazowsze serce PolskiASO PEUGEOT NiedziółkaAuto Niedziółka - Dealer Peugeot ArturKurek.pro ... WięcejSee Less
View on Facebook

5 days ago

JUŻ DZIŚ PREMIERA!"(...) Krzaki, piachy, piachy, kawałek szutru. O ! Asfalt! …ale tylko 500m, a potem znowu piach. Piach. Szuter i piach. Zaglądam do kieszeni. Został już tylko jeden mus, jeden baton i może 200 ml wody. Gdzie ta stacja? Gdzie koniec lasu? Gdzie te piękne asfalty, które tak usypiały na początku? Co ja tu w ogóle robię? (...)Głód zaczyna być nieznośny. Zjadłem całe zapasy, stacji benzynowej brak. Tylko lasy i piach. Cały czas piach.Aż tu nagle w ciemności pewna otucha – światełko…"Mazowiecki Gravel to nie tylko ultramaraton. To doświadczenie. Zapraszamy na premierową, fenomenalna opowieść-relację autorstwa Grześka Kalickiego (4 m-ce w kategorii OPEN). Już dziś wieczorem. Tego się nie czyta. To się przeżywa!Mazowsze serce PolskiModa na MazowszeMazowiecka Regionalna Organizacja Turystyczna ... WięcejSee Less
View on Facebook

1 week ago

Ludzie mówio: Mazowsze piachem stoi... 😉Ale my tego tak nie zostawimy! 🤩Zachęceni Waszymi postami, w których dzielicie się na temat premium szutrów - np. w Puszczy Kozienickiej (www.facebook.com/groups/1787446518075318/permalink/2002020149951286/) czy Puszczy Bolimowskiej (fb.watch/6KQ9HHBwel/), ruszamy z nowym pomysłem, do którego wszystkich zapraszamy!Gravelowa Mapa Mazowsza 🚴 to projekt, w którym chcemy dzielić się trasami, na których królują szutrowe nawierzchnie. Chodzi o zebranie w jednym miejscu aktualnej bazy wszystkich utwardzonych nieasfaltowych-niebetonowych dróg na Mazowszu. Takich, wiecie... idealnych na "gravelowe wyprawy" 🙂 . W tym zestawieniu NIE pokażemy dróg gruntowych. Drogom gruntowym nie można ufać, gdyż potrafią po 2 tygodniach skwaru rozsypać w pył, a po ulewnym deszczu zamienić w grząskie bagno. Wiecie, o czym mówimy? 😉 Chcemy wskazać szutrowe drogi, które niezależnie od pogody nadają się na gravelowy rower. Liczymy na rozsądną ocenę jakości drogi każdego z Was. Projekt potrwa od 14.07 do 30.09.2021, a jego finałem będzie opublikowanie mapy, na której będą naniesione wszystkie trasy, które spełnią łącznie następujące warunki:1/ minimalna długość zgłoszonej trasy to 10km 2/ minimalny udział dróg "szutrowych" to 50% długości3/ trasa została przez Was osobiście przejechana w 2021 rokuRelacjami z trasy możecie się dzielić na grupie dyskusyjnej Mazowiecki Gravel na Facebook oznaczając je #szutrymazowsza. Zróbmy to w celu niepowielania wcześniej zgłoszonych tras. WAŻNE: Zgłoszenia tras do Gravelowej Mapy Mazowsza wysyłajcie na adres: info@mazowieckigravel.pl. Powinny one zawierać: - plik z trasą w formacie GPX (plik ma zawierać tylko zgłaszany odcinek) - kilka (2-10) zdjęć pokazujących różne odcinki trasy - nawierzchnię i atrakcje- informację o ilości asfaltów (w ~procentach lub w kilometrach) - informację o szerokości opon, na których pokonaliście odcinek- informację, jakim iminiem / nazwiskiem / pseudonimem etc Was podpisaćA teraz wyróżnienia i nagrody 🏆: - Wszyscy uczestnicy projektu z minimum jednym ważnym zgłoszeniem, zostaną wymienieni jako współautorzy Gravelowej Mapy Mazowsza 🚴- Dla 5 najbardziej aktywnych osób przewidzieliśmy nagrodę w postaci wydrukowanej wersji mapy. - Osoba, która jako pierwsza zgłosi najwięcej wykorzystanych na mapie odcinków otrzyma w dowód uznania wyjątkową nagrodę niespodziankę. Zastrzegamy sobie prawo do weryfikacji i wyboru publikowanych tras, szczególnie gdy się pokrywają ze zgłoszonymi wcześniej. #szutrymazowszaMazowsze serce PolskiModa na MazowszeDZIEJE SIĘ NA MAZOWSZU ... WięcejSee Less
View on Facebook

2 weeks ago

Co tu się dzieje? Reprezentacja Mazowiecki Gravel na turnieju szachowym Festiwal Najdorfa 2021! Kibicujemy! ♟♟♟Szachy SNU ... WięcejSee Less
View on Facebook

2 weeks ago

11 czerwca 2021 roku prawie 200 zawodniczek i zawodników podjęło wyzwanie i stanęło na starcie pierwszego ultramaratonu rowerowego dookoła Mazowsza. Zobaczcie jakie uczucia towarzyszyły im na Rynku w Warce. CDN...😆Moda na MazowszeMazowsze serce PolskiNationale-NederlandenWarka24.pl - portal mieszkańców Gminy WarkaDworek Na DługiejCyclebloodMińska Grupa RowerowaMaszynazielonaWarka Miasto ... WięcejSee Less
View on Facebook

3 weeks ago

www.youtube.com/watch?v=7pUXWcLj9pwMazowiecki Gravel - przeżyjmy to jeszcze raz. 🚴🚴🚴Mawiają: "Coś się kończy, coś się zaczyna". Trudno uwierzyć, że miesiąc temu wszystko było jeszcze przed nami - ostatnie rasowanie sprzętu, odbiór pakietów w Decathlon Wilanów, sprawdzanie trasy i dogadywanie szczegółów z partnerami z zespołu. A potem wyjazd do Warki i rosnąca adrenalina. Wieczorna impreza i przyspieszone bicie serca na myśl: "Czy na pewno zdążę na moją godzinę startu?" 🤯. A potem? Potem zostaliście tylko Wy. I ludzie na trasie. I przyroda (która nie była łatwym wyzwaniem). ☀️💨⚡️Dziś zapraszamy na retrospekcję - 3 minutowy film z wybranymi momentami z Mazowieckiego Gravela. Zobaczycie tam piękną Warkę i Kemping nad Pilicą, rynek z którego startowaliśmy i Wasze uśmiechnięte twarze 🙂 No i oczywiście ujęcia z trasy (dopóki pogoda na nie pozwalała)⛈⛈ i mety. Podoba się Wam? Jeszcze raz gratulujemy Wam Podjęcia Wyzwania. 🏆Chcemy też podziękować wszystkim partnerom i sponsorom 🤝, którzy zdecydowali się wesprzeć imprezę. Spójrzcie na nich wymienionych poniżej, podobnie jak patrzycie na napisy po dobrym filmie, żeby dowiedzieć się, kto za nim stoi. URZĘDY I ORGANIZACJE SPOŁECZNEUrzad Marszalkowski Wojewodztwa Mazowieckiego Mazowsze serce Polski i Marszałek Województwa Pan Adam StruzikPrezydent Miasta Ciechanów Pan Krzysztof KosińskiBurmistrz Miasta i Gminy Warka Pan Dariusz GizkaBurmistrz Miasto i Gmina Czerwińsk nad Wisłą Pan Marcin GortatStarostwo Powiatowe Grójec Pan Krzysztof Ambroziak Dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury w Warce Pan Andrzej Zaręba 🎖FIRMYNationale-Nederlanden oferująca ubezpieczenia dla rowerzystówAfterShokz, producent słuchawek sportowych w technologii przewodnictwa kostnegoBNP Paribas Bank Polska, bank zmieniającego się świataBrowarka, rzemieślniczy browar z regionu, gdzie piwo warzono wieki przed startem Mazowieckiego GravelaDecathlon Wilanów i Michał Ajzyk, który jechał razem z namiInteria Sport - nasz patron medialnyNavitel Poland, eksperci od nawigacji samochodowej Cycleblood, który wraz z Hołd dla Ani pomógł zadbać o bezpieczeństwo Agencja brandingowa Tamburyn - to oni opracowali markę MG i przygotowali wiele tekstów i grafik ULTRAdventure - dystrybutor odzieży rowerowej z górnej półki oraz aromatycznej kawy HerreriaWasa Polska - producent chrupkiego pieczywa i sponsorowi kanapek dla uczestnikówKemping nad Pilicą - gospodarz bazy i mety MGNasza Tłocznia - producent zdrowych soków, dostępnych również na www.naszatlocznia.plPARTNERZYFundacja Na Rowerze, która edukuje, jak być dobrym rowerzystąHołd dla Ani - który inspiruje do bezpiecznej jazdy na rowerzeTeam29er bo wielkość ma znaczenie Rowery 29er - dzięki za wsparcie duchem i dobrym słowem i za spotkania na trasiePortal Moda na Mazowsze - tu znajdziecie duuuużo dobrych treści o Mazowszu, nie tylko o rowerachJabłka Grójeckie Stowarzyszenie Sady Grójeckie - z których pochodzą zdrowe jabłka z sadu EuropyStadion MOSiR Ciechanów + Klub Biegacza TKKF Promyk Ciechanów - dziękujemy za pomoc w przenocowaniu ultramaratończyków. OSOBYRadosław Rogóż - trener ultrakolarstwaRadek Ruciński - trener biznesuCezary Urzyczyn, Krystian Jakubek. i Wojtek Palczewski PalczakW - goście Wieczoru nad PilicąMarcin Grudziński - wulkan ULTRA-pomysłówŁukasz Marks - prowadzący wywiady i wieczórRobert Janik - operator trackerów. Na koniec szczególne podziękowania dla osoby i zespołu, które w wyjątkowy sposób przyczyniły się do współtworzenia treści na temat Mazowsza i trasy, do promocji wydarzenia i do wsparcia organizacyjnego. Bez nich nie zaistniałby np. punkt wsparcia w Ciechanowie. Dziękujemy Dorota Zbińkowska wraz z całym teamem Mazowiecka Regionalna Organizacja Turystyczna Turystycznej. Jesteśmy dumni, że właśnie takie osoby zabiegają o to, aby turystyka na Mazowszu rozkwitła i abyśmy wszyscy mogli z niej świadomie korzystać. Coś się kończy, coś się zaczyna... Do zobaczenia za rok? ⏱ ... WięcejSee Less
View on Facebook

3 weeks ago

Rowerowy Maraton WISŁA 1200 - od tego rozpoczęła się moja przygoda z ultramaratonami. Dzisiaj mogłem towarzyszyć Marcin Grudziński i Piotrkowi Jaś w pokonywaniu trasy w okolicy mostu Południowego.ULTRAdventureModa na Mazowsze ... WięcejSee Less
View on Facebook